FANTASTYKA

Fragment piąty


T

ego dnia Eukalipanus spotkał się nie z jednym, lecz z dwoma przedstawicielami Wielkiej Rady — przewodniczącym, Feoorontem, i jego zastępcą, Lizopolodusem. Minę miał raczej kwaśną, bowiem Styracydzi zaciągnęli go na jakiś opuszczony księżyc w Sto Piętnastej Galaktyce. Założyli lekkie kombinezony próżniowe i przeźroczyste hełmofony, by potem jak ostatni głupcy skakać po wystających skałach i rozkoszować się nikłą grawitacją. W końcu ta zabawa znudziła się obu dostojnikom. Ciągnący za nimi Eukalipanus też miał jej dość. Ciężko dyszeli. Zatrzymali się na krótki wypoczynek, przysiadając na gładkich kamiennych płytach.

— Jak tam nasi agenci, wzięli się do roboty? — życzliwie zapytał Feooront.

— Owszem — odparł Zelus. — Są obecnie na Gei. Wkrótce jednak udadzą się na Meafluorię. Tam przyjrzą się z bliska poczynaniom Hagusa.

Lizopolodus wiedział, o czym gawędzą.

— To zdumiewające, jak dalece nowo wypromowani oddalili się od nas, Styracydów... — tradycyjnie zaczął od utyskiwań. Potem jednak od razu przeszedł do rzeczy, czując, że wszelkie zwyczajowe wstępy są zbędne. — Czego chciał ten Hagus? Nie widzę sensu w porywaniu i więzieniu reprezentantów obcej rasy...

— Nie wszyscy — stanął w obronie swych agentów i wiernych nowo wypromowanych grzybiasty Eukalipanus. — Hagus?..

— Faktycznie, nie wszyscy — potwierdził przewodniczący. — Jeśli zaś chodzi o Hagusa, muszę rzec, że niezmiernie zbulwersował moich doradców. Stworzyli kilkanaście hipotez, z nim związanych. Dominowało przeświadczenie, że chciał raz na zawsze opuścić nasze imperium, a wykorzystując szczelinę zainstalować się na stałe na Gei. No i przejąć władzę nad tą planetą. To wszystko — oczywiście — po cichu.

Zelus przyjrzał się z uznaniem przewodniczącemu Rady.

— A to ciekawe. A więc po to szkolił bladolicych, którzy mimowolnie i chyba z przerażeniem przekraczali szczelinę.

Przewodniczący podniósł dłoń.

— Och, nie. To tylko hipoteza, nic więcej!..

Zapadło milczenie.

— Przemiły ten księżyc — rzekł z zadumą Feooront. — Czy wiecie, że spędziłem tu kilka dni w latach mojej młodości? Próbowałem sobie udowodnić, że jestem samodzielny i zaradny...

— I co? Udało się? — zapytał Lizopolodus.

— Owszem — odrzekł. I dodał z żalem. — Ależ to były piękne czasy! — Obejrzał się na pozostałych członków Wielkiej Rady. — A może w to nie wierzycie? — podejrzliwie zapytał.

Zaprzeczyli.

— Ależ wierzymy, wierzymy!.. — skwapliwie potwierdzili, wpadając sobie w słowa.

Nie pomogło.

— Kilka kroków stąd — zdradził im w zaufaniu — jest pieczara, w której szukałem schronienia. U jej wyjścia wyryłem na kamieniu moje imię. Powinno jeszcze tam być.

Ruszyli za nim, sadząc susy. Feooront poprowadził ich wąskim krętym wąwozem między strzelającymi w górę skałami. Znalazł poszarpany owal wejścia. Na granitowej bryle znaczyły się koślawo wykute litery.

— A nie mówiłem? — powiedział z nieskrywaną dumą w głosie, pokazując im ten niezgrabnie wyrąbany napis. Minę miał przy tym taką, jakby prezentował im wybitne dzieło sztuki. (...)

 

O

bóz, w którym Hagus bezprawnie przetrzymywał bladolicych, świecił pustkami. Sforsowali ogrodzenie, przebijając się przez niewidoczne pole siłowe. Sądząc po liczbie prycz z brudną pościelą, w prymitywnych parterowych barakach nad brzegiem strumienia strażnik planety więził ostatnio co najmniej stu pięćdziesięciu przelękłych Ziemian. Tych zapewne nie tak dawno stąd zabrano, każąc im raz na zawsze pożegnać się z niegościnnym globem. Zmuszono ich do pośpiechu, bo porzucili część osobistych rzeczy. Nikt tu nie posprzątał. Oglądali plastikowe butelki i puszki po piwie. Dalej leżał pozbawiony obiektywu aparat fotograficzny. Z rozdartej kosmetyczki wystawała szczotka do włosów. Mitos ominął rozsypane kostki domina. Pochylił się i podniósł z polepy błyszczącą tuż przy piętrowej pryczy dziesięciocentówkę.

— Dowód rzeczowy — cmoknął ze znawstwem. — Bez wątpienia, maglowano tu obywateli USA — oznajmił, migając monetą przed oczyma zadumanej Kimi.

Oboje wyglądali dokładnie tak, jak przystało na nowojorską parę, która wybrała się właśnie na Times Square na zakupy lub na spacer po Broadwayu. Pobieżnie zlustrowali stojące w dwóch rzędach baraki, przechodząc następnie do omszałego kamiennego budynku, w którym odkryli podejrzane laboratorium. Strażnik Meafluorii nie zdążył zatrzeć po sobie śladów. Jenarekitka bez trudu złamała kod wejściowy, uchyliła wierzeje i przespacerowała się z zaciekawieniem po salach zabiegowych, rozmieszczonych po obu stronach długiego korytarza. (...)