FANTASTYKA

Fragment czwarty


N

a rozległym prostokącie dachu jednego z drapaczy chmur Manhattanu było wyjątkowo cicho i przytulnie, choć jednocześnie nawet tu dawał się mocno we znaki sierpniowy upał. Tego dnia wiatru prawie się nie czuło. Mała oaza zieleni oddzielała lądowisko dla helikoptera od miejsca, w którym urządził się zapracowany Nicolas Fisher. Królowały pokryte kwiatami egzotyczne krzewy. Przykuł jego uwagę ekran monitora, więc nie chodziły mu po głowie dostępne na najwyższym piętrze rozkosze, ani niewielki basen z podgrzewaną wodą, ani obficie zaopatrzony barek na kółkach. Nie zauważał nawet stojącej w zasięgu ręki wysokiej szklanki z sokiem pomarańczowym. Słońce przesunęło się i wydobyło jego plecy z cienia. Odruchowo zdjął granatową marynarkę i powiesił ją na oparciu, a następnie rozluźnił krawat. Chciało mu się pić, ale to, co działo się na giełdzie, za bardzo go zajmowało, żeby mógł myśleć o czymś tak przyziemnym jak pragnienie. Nie zwrócił więc uwagi na osobliwy wehikuł, który nieoczekiwanie przepłynął nad dachem wieżowca, znacząc swą obecność cichym świstem powietrza. Dopiero gdy nieziemska maszyna łagodnie osiadła na kwadracie dla śmigłowców, coś go tknęło i instynktownie zerknął za siebie. Potem zerwał się jak oparzony i przetarł ze zdumienia oczy.

— Cóż to? — wyrwało mu się z ust. — Przecież to niemożliwe... — wyjąkał.

Stał jak sparaliżowany i przyszło mu do głowy, że powinien czym prędzej uszczypnąć się w policzek, by upewnić się, że mu się to nie przyśniło.

Z latającego spodka, który opadł na lądowisko, wytoczyło się w towarzystwie jego młodej żony, córki i teścia troje zielonych kosmitów z długimi, odstającymi uszami, nosami jak trąbki i wypustkami na czołach.

— Jak babcię kocham! — jęknął. — To prawdziwi obcy...

Serce waliło mu jak młot, miał za sobą drzwi windy i korciło go, żeby dać dyla, ale nogi raptem odmówiły mu posłuszeństwa. Nie mógł ruszyć się z miejsca.

Jedna z tych istot była bezsprzecznie płci żeńskiej, a przynajmniej na taką wyglądała. Ta natychmiast wyłuskała go wzrokiem, spokojnie zbliżyła się do niego, ukłoniła się i płynnie rzekła po angielsku:

— Miło nam pana poznać, panie... Fisher. Zapewne dziwi pana nasza wizyta, ale została ona podyktowana niejaką koniecznością. Pozwoliliśmy sobie odesłać członków pańskiej rodziny. Niefortunnie dla siebie znaleźli się oni przypadkiem na naszym odległym terytorium. Siła wyższa! Przepraszamy za to niezapowiedziane najście. Mamy też nadzieję, że podobny incydent nigdy więcej się nie powtórzy...

Nicolasowi zabrakło języka w gębie, chociaż należał do wygadanych facetów. Potrafił zabłysnąć w czasie oficjalnych spotkań, posiedzeń rady nadzorczej lub podczas rautów. Umiał wznieść toast przy zastawionym stole i wprawić w błogie zadowolenie kontrahenta. Nikt go jednak nigdy nie uczył, jak należy wymieniać uprzejmości z przybyszami z kosmosu, nie mającymi żadnych kłopotów z angielskim i posługującymi się nim z dużą swobodą. Tacy przecież nie istnieli. Stał, ogłupiały do reszty, nie wiedząc, co począć. Na moment przykuła jego uwagę ciągnąca się za kosmitką i prześwietlona słońcem chmara niby-muszek. Pozostali dwaj przybysze z ostentacyjną flegmą spacerowali wzdłuż balustrady, obojętnie lustrując wszystko, co wpadało im w oczy. Czuli się na szczycie wieżowca zapewne jak w egzotycznym muzeum z wyjątkowo rzadkimi okazami. Nie stwarzali wrażenia uzbrojonych i groźnych, co nie znaczyło, że tacy nie byli. Potem jeden z nich pokazał mu plecy, z zaciekawieniem chłonąc widoczną z tej wysokości panoramę Nowego Jorku.

— Wracamy! — rzuciła krótko Kimi, ukontentowana spotkaniem z facetem z Nowego Jorku, mimo że ten — sztywny jak diabli — wydusił z siebie nieledwie kilka oderwanych sylab.

Na znak agentki zieloni grzecznie ukłonili się Nicolasowi i pozostałym bladolicym. Bez pośpiechu zawrócili do piekielnej maszyny, by znowu zająć w niej miejsca.

Właz zamknął się bez jednego szmeru i latający spodek uniósł się w górę. Zajaśniał na chwilę ostrym światłem, a potem poszybował z przyspieszeniem, którego nie powstydziłby się żaden szanujący się pilot na Ziemi. Rozpłynął się na tle błękitnego nieba między kłębiastymi cumulusami i postrzępionymi cirrusami.

Nicolas Fisher odzyskał wreszcie głos. Czuł, że ustępuje męczący go paraliż.

— Co tu się dzieje, do cholery? — histerycznie krzyknął do swojej żony. — Gdzie byliście cały weekend? Nie odbierałaś telefonów. Nigdzie nie mogłem was znaleźć!

Spojrzała mu prosto w oczy i zarzuciła mu ręce na szyję, próbując go uspokoić. Cmoknęła go delikatnie w usta.

— Sam widziałeś. Porwało nas UFO. Tylko tyle wiemy. Byliśmy gdzieś daleko, na pewno poza naszą planetą. Później nas z powrotem tu podrzucili.

Nicolas złapał się za głowę, niczego nie rozumiejąc.

— Zalatuje od was... smrodem — ze zdziwieniem wymamrotał. — Tarzaliście się w odchodach zwierzęcych, czy co?

— Tam tak było — skwapliwie się wytłumaczyła. — Okropnie... Wiesz, zaczepiliśmy się w walącej się ruderze, w której wcześniej gnieździły się jakieś... podejrzane stwory. Ze skrzydłami nietoperza. Ani mydła, ani ciepłej wody...

Pojął, że za dużo pracuje, nie szczędząc sił i że fatalnie to się na nim odbija. Postanowił, że wybierze się do swego psychoanalityka, by na wygodnej kozetce opowiedzieć mu o tym, co tutaj zaszło. Zaraz jednak zrezygnował z tego chybionego pomysłu. Ramiona mu opadły. Tamten cwaniak nie uwierzyłby przecież ani jednemu jego słowu.

— Najważniejsze, że jesteście cali i zdrowi, i że nic złego wam się nie stało. Co tam UFO... — powiedział zobojętniały.

Przykuły jego uwagę rzędy liczb, które pojawiły się na ekranie. Rzucił się natychmiast do klawiatury.

— Radźcie sobie jakoś, tam dalej jest barek. Właśnie na to czekałem — usprawiedliwił się wstydliwie przed teściem. — Albo skorzystajcie z windy.

Zapomniał w jednej chwili o latającym spodku, zielonych ludzikach i tym wszystkim, co na niego spadło. Kursy akcji były najważniejsze. (...)