FANTASTYKA

Fragment trzeci


T

ajemnicza szczelina w przestrzeni, dziw natury, miała kształt wydłużonego trójkąta i wyglądała jak ślad po cięciu ostrym narzędziem do fechtunku. Można było sobie od biedy wyobrazić, że przed milionami lat kosmiczny gigant z nieznanego wymiaru trenował tu, zajmując się transfiguracjami wierzchniej warstwy wszechświata, tnąc przejścia i tworząc połączenia odległych stron. Kimi próbowała się otrząsnąć i odsunęła od siebie te zamazane obrazy. Grubas był zajęty pilotowaniem maszyny, a Mitos z uwagą śledził tor lotu. Oderwali się lekko od powierzchni Meafluorii, przebili się przez atmosferę i osiągnęli zamierzoną orbitę. Prześwit był prawie niewidoczny, ale dla strażnika nie stanowiło to przeszkody, więc ich miniaturowy kosmolot w okamgnieniu przeniósł się do nieznanego gwiazdozbioru. Mieli przed sobą żółte słońce, gwiazdę, jakich wiele w kosmosie. Tuż pod nimi jaśniała okryta płaszczem atmosfery nieznana planeta.

— Jakim cudem udało się wam ją odkryć? — zapytała agentka.

— Złożyły się na to dwie przyczyny — Hagus półgębkiem odpowiedział. Poza granicami imperium czuł się pewniej, ale i tak było widać, że nawet na torturach nie zdradzi wszystkiego, co wie. — Systemy kontrolne na Meafluorii odnotowywały obecność meteorów niewiadomego pochodzenia, a Gibausar usiłował dociec, skąd pochodzą. Poza tym w lasach meafluoriańskich zalegały wraki różnych maszyn, które nie wyszły spod rąk tubylców. To mu dawało do myślenia.

Mitos oglądał z góry nową planetę. Była większa od Psyfarozy, a pod pewnym względem przypominała Arę. Zeszli na niższą orbitę i systemy nawigacyjne latającego wehikułu wyłowiły liczne małe satelity, służące głównie do celów naukowych i informacyjnych.

— Sporo krążącego złomu... — mruknął. — Nie są w stanie tego jakoś uporządkować? — zdziwił się. A potem zwrócił się do Hagusa: — Zaskakujesz nas na każdym kroku. Ciekawie sobie poczynasz, to prawda, nie zmienia to jednak faktu, że wikłasz się w niebezpieczną grę. Zatem mieszkańcy tego globu już wielokrotnie odwiedzali Meafluorię?

Włączyły się samoczynnie niezbędne zabezpieczenia i mogli wejść lotem ślizgowym w górne warstwy bogatej w azot i tlen atmosfery, całkowicie niewidoczni dla naziemnych systemów obserwacyjnych.

— Od czasu do czasu kogoś przerzuca — wyjawił ze zniechęceniem. — Ruchliwość tej szczeliny jest widoczna. Niekiedy więc obie te planety, Gea i Meafluoria, niemal się stykają — tłumaczył zrezygnowanym głosem. — Jednakże temu niecodziennemu zjawisku nie towarzyszą żadne oddziaływania grawitacyjne.

Planeta obfitowała w wodę, biorąc pod uwagę ogrom mórz i oceanów. Majestatycznie płynęli nad półkulą południową, oglądając sporawy kontynent, pokryty białymi lodowcami i wieczną zmarzliną. Mitosowi skojarzył się ten widok ze skrzącymi się w pogodne dni w słońcu zaśnieżonymi górami na Arze.

— Jak Fluorianie i ich pobratymcy zachowują się wobec obcych? — zapytała Kimi. — Polują na nich, zabiją ich i pożerają, czy też obchodzą się z nimi bardziej humanitarnie? Odnotowują chyba ich obecność?

Hagus odchrząknął.

— No, nie, nigdy ich nie mordowali. I nie mordują — głos miał nadal żałosny, choć starał się wywołać wrażenie, że nie przejmuje się klęską. — Nie wiedzą, skąd pochodzą, a to sprawia, że traktują ich jak półboskich przybyszy z niebios. Prawo gościnności respektują wszystkie plemiona na Meafluorii.

Ich kosmiczna łajba zmieniła kierunek lotu i wkrótce pojawiły się pod nimi archipelagi wysp różnej wielkości. Zmierzali w stronę równika.

— Nic tu po nas — rozstrzygnęła naraz Kimi. — Wracamy!

Strażnik skwapliwie podporządkował się poleceniu. Chyba odetchnął z ulgą. Latający spodek zawrócił i pomknął w górę, by po pewnym czasie oddalić się od zamieszkałego globu.

— Mam nadzieję — rzekł groźnie Mitos — że nigdy nie lądowałeś na tej planecie, nie ujawniałeś się przed jej istotami rozumnymi, ani nie ingerowałeś w ich życie?

— Nie, nie lądowałem — odpowiedział potulnie. — Po co miałbym to czynić? Docierający na Meafluorię bladolicy sami dostarczają wielu informacji — dodał, starając się, by zabrzmiało to wiarygodnie.

— A jak oni wyglądają? — zapytała Kimi. — Są humanoidami?

— Najbardziej przypominają Terocypów z Dziewięćdziesiątej Drugiej Galaktyki. Ot, tacy sobie, mało oryginalni — ciągnął Hagus. — Są wyżsi od Fluorian, mają krótkie nosy i krótkie uszy, no i bardzo jasną cerę, chociaż nie wszyscy. Na tej planecie jest kilka ras, zróżnicowanych pod względem koloru skóry.

— A jak przekraczają szczelinę? Czy o niej wiedzą?

Oglądali teraz naturalnego satelitę Gei. Był martwy i pozbawiony atmosfery, a jego powierzchnia nosiła liczne ślady uderzeń meteorów.

— Właściwie nie są świadomi, że mają do czynienia z osobliwością kosmologiczną. Tajemniczy obszar, w którym najczęściej dochodzi do zaginięć, nazywają Trójkątem Bermudzkim. To teren morski, rozciągający się między południową Florydą, wyspami Bermudami i wyspą Puerto Rico — bez kłopotu rzucał lokalnymi nazwami geograficznymi. — Znikają tam ich statki, a także maszyny latające, zwane samolotami. Ziemianie nie umieją tego wyjaśnić naukowo. Niemniej z dużym zainteresowaniem badają to zjawisko oraz wszystkie towarzyszące mu okoliczności. Takie jak gwałtowne burze z wyładowaniami atmosferycznymi, ściany mlecznej mgły czy zakłócenia w działaniu przyrządów nawigacyjnych i urządzeń elektrycznych. Szczelina jest dość ruchliwa, jak już wcześniej powiedziałem, więc styczne między ich a naszym światem pojawiają się w bardzo różnych miejscach. Czasami giną nawet ludzie z ulic dużych miast...

Kosmolot Hagusa dotarł do niewidocznego progu osobliwości i łagodnie wpłynął w prześwit. Zmieniła się mapa wszechświata. Znajdowali się znowu w obrębie imperium, widząc przed sobą jaśniejącą Meafluorię.

— Nielicho narozrabiałeś — przejętemu Mitosowi nie mieściło to się w głowie. — Postępowałeś tak, jakby te strony były twoim prywatnym ranczem. Prawdopodobnie będziesz odpowiadać przed Najwyższą Radą z kanonu o ukrywaniu informacji o znaczeniu strategicznym dla imperium. Ostatnio publikowane instrukcje wyraźnie precyzują, co w tym zakresie jest dopuszczalne, a co nie. Nie powiesz, że ich nie wertowałeś. Na pewno nieźle skopią ci tyłek — snuł domysły, puszczając wodze fantazji. — Może zdegradują cię, odbiorą związane z promocją przywileje i skażą na banicję?

Kimi milczała, a Hagus też już się nie odzywał. Nie chciał tych pogróżek komentować. Wbił wzrok w ekrany, jakby tam kryło się dla niego wybawienie.

Agentowi nagle zrobiło się go żal. Przez krótką chwilę wyobrażał sobie, że sam znalazł się na jego miejscu — i w rezultacie tego poczuł się raptem jak zaszczute zwierzę. Niewyraźnie zamruczał pod nosem. Aż do lądowania małego pojazdu w ogrodzie Hagusa medytował nad tym, czy nie przeholował z oskarżeniami. Wina była winą, to fakt, tym niemniej przy ocenie postępku strażnika planety należało wziąć pod uwagę okoliczności łagodzące. Każdy miał prawo do obrony.

Ich kosmiczna taksówka osiadła na ledwo widocznym podeście, a potem szybko zapadła się pod ziemię, trafiając do hangaru bazy. Wydostali się windą na górę. Była ciepła noc i świeciły gwiazdy. Śpiewały meafluoriańskie ptaki.

Kimi zagapiła się na czarne niebo, na którym znaczył się blady sierp księżyca.

— Nie przesadziłem z zarzutami? — zapytał jej partner.

Obejrzała się i obojętnie wzruszyła ramionami.

— To się jeszcze okaże. Zobaczymy, co nam przyniosły wysłane do obcych kryształy — gardłowo powiedziała. — Chyba czas, by i to zbadać, nie sądzisz? (...)