FANTASTYKA

Fragment drugi


D

awno minęły czasy mających posmak legendy kosmicznych krucjat Styracydów. Ich dumną rasę trawiła gorączka podróży, spełniali się więc, prąc naprzód i zachłannie sięgając po nowe terytoria. Ciągnęli z euforią z planety na planetę, najpierw penetrując rodzimy układ słoneczny, by następnie w fascynujących porywach sięgnąć gwiazd odległych o kilka, kilkanaście i kilkadziesiąt lat świetlnych. Imperium rozrastało się i potężniało, toczyło zwycięskie wojny oraz ujarzmiało słabsze cywilizacje. Związany z postępem nauki wielki technologiczny przełom przyniósł nowe superszybkie krążowniki, zaś wyposażeni w nie Styracydzi szybko dotarli do granic własnej, a potem sąsiednich galaktyk. Czerń nieba podniecała dzielnych pogromców i triumfalnych zdobywców.

Jednak po stuleciach udanych podbojów szlachetna rasa wyzbyła się potrzeby ekspansji, wypaliła się i straciła impet. Zestarzała się, co nieuchronnie przełożyło się na jej oficjalną doktrynę, uznawane systemy wartości i propagowane teorie etyczne. Powstało przeogromne imperium, nieomal bez granic, więc podboje już nie nęciły. Styracydańscy ideolodzy zabrali się zatem za odkurzanie nauk dawnych mistrzów. Wydobywali z lamusa poglądy, wcześniej ze wzgardą odrzucane lub ośmieszane. Głosili, że należy przywrócić to, co uległo zapomnieniu. Odwoływali się do odległej przeszłości i narodzin cywilizacji. To poranek dziejów się liczył, nie ich zmierzch. W rezultacie tego zaczęli poddawać w wątpliwość sens podróży kosmicznych. W zreformowanej ontologii zmiana była czymś wtórnym, mniej doskonałym od świętej flauty, od wszechwładnego boskiego spokoju, od stanu błogiej i doskonalej równowagi. Ruch był przejawem słabości, wynikiem tłumionego lęku przed źródłem prawdziwej wiedzy i stanowił ucieczkę w iluzoryczne doznania zmysłowe. Szczęścia w podróżach szukali ci, którzy boleśnie ześlizgnęli się na niższy poziom bytowania. Nie należało ich naśladować. Rozległy wszechświat w oczach nowych nauczycieli już nie mamił — bezgranicznie jałowy i dziwnie nijaki. Zgodnie z archaicznym mitem o stworzeniu powstał w wyniku katastrofalnej eksplozji boskiego eonu. Szczątki tego doskonałego bytu chaotycznie zarzuciły praprzestrzeń. Kosmos był więc jedynie rozszerzającym się śmietniskiem, cieniem nieistniejącego już świata wiecznych idei. Tworzyły go bezkresne mroźne pustki ze znaczącymi się tu i ówdzie — niby samotne wyspy — żenująco ubogimi śladami życia organicznego. Nie było w nim czego szukać. Dostojny mędrzec nie wybierał się więc w drogę. Nie pędził przed siebie na łeb na szyję, ale wiódł spokojny żywot w rodzinnej enklawie, w zaciszach ogrodów oddając się medytacjom nad tym, co godziwe. Odpowiedzi na pytanie o sens życia kryły się bowiem nie w bezbrzeżnej dali, ale w nim samym, w jego umyśle oraz w sferze uczuć i pragnień. W duszy światłego Styracydy znaczyły się przebłyski boskiego geniuszu, już zgasłego, ale jeszcze wciąż przenikającego naturę rzeczy.

— Wszystko jest marnością. Z prochu powstało i do prochu wraca... — w zadumie szepnęła Kimi. — Tylko drżąca myśl się liczy. I ten zadziwiający rytm, związany z oddechem oraz regularnym biciem serca.

Dobrze znała to miejsce, więc nie spodziewała się, by na mieszczącej się na dnie paroli quasi-stacji przywitał ją ożywiony ruch. Nie omyliła się, bo wybierających się w podróż można było właściwie policzyć na palcach. Kilku tajnych agentów w mylących kombinezonach służby porządkowej kręciło się leniwie wokół czarnego prostokąta jednego z przejść międzygwiezdnych. Domyśliła się, że to zasadzka na parającego się przemytem naiwnego Sambitę. Ostatnio niepozbierani przedstawiciele tego gatunku szmuglowali na kosmicznych szlakach. Szósty zmysł jej podpowiedział, że ten oferma jak nic wpadnie im w łapy. Jeśli ktoś chciał zajmować się kontrabandą, powinien był jak ognia unikać najważniejszych parol. A szczególnie tej nobliwej, z numerem pierwszym, w której troska o ład była oczkiem w głowie Najwyższej Rady. W rozciągniętym na setki gwiazdozbiorów imperium nie było trudno o stosunkowo bezpieczne punkty przerzutowe i kto był cwany, mógł sobie dorobić na boku z myślą o wyższym standardzie życia i niedostępnych dla ogółu przyjemnościach.

Przy wylotach do najbardziej odległych galaktyk świeciło pustkami. Ujrzała tam tylko dwóch dystyngowanych Geomonów, którzy dumnie kroczyli, nie zwracając na nią uwagi. Za nimi cicho sunął automat z bagażami. Zamieszkujący prawie wszystkie parole przedstawiciele tej osobliwej rasy raz do roku pielgrzymowali do miejsc, z których się wywodziły ich symbionty, z czym wiązały się wyrafinowane rytuały. Opuściła smętny hol, nie wiadomo dlaczego tak wielki i udała się w stronę pomieszczeń obsługi, mijając jeszcze po drodze trzech pokrytych gęstą szczeciną Rodontów i uroczą Marokitkę. Tej ostatniej dyskretnie się przyjrzała, podziwiając jej niezwykłą kreację. Pierwszy raz taką widziała i przyszło jej do głowy, że w podobnej sama też by się nieźle prezentowała. I pewnie w niej spodobałaby się Mitosowi.

W otoczonym niską balustradą i wypełnionym parującą błotnistą mazią basenie kąpał się stwór, przypominający alifaratana. Kłęby mgły go przysłaniały, jednak domyśliła się, że trafiła na Sarofa. Ten, gdy tylko dostrzegł swego gościa, szybko wydostał się na brzeg. Ależ on wyglądał? Człapał, pozostawiając mokre ślady. Skórę miał pomarańczowo-żółtą, z charakterystycznymi czarnymi cętkami, łapy mocne, postawę wyprostowaną, a w razie potrzeby podpierał się sporawym ogonem. Nie pojmowała, co widział w tych zwierzęcych kształtach. Z drugiej strony patrząc, powinna była go rozumieć. Były gatunki, które nie umiały obyć się bez wody.

Przebrnął przez kabinę oczyszczającą, która zmyła z niego szlam. Przyjął pozycję prawie na baczność, zatrzymując się tuż przed nią zgodnie z wymogami regulaminu. Nie przestraszyła się jego smoczego pyska. Zaraz też przeszedł na spocznij i liznął ją przyjaźnie długim jęzorem. Musiała uważać, żeby na jej twarzy nie pojawił się wyraz obrzydzenia. Starała się nie okazywać, że nie lubi takich powitań. Ich dyżury operacyjne zbiegały się ze sobą, więc dobrze pamiętał jej imię.

— Kogo ja widzę, piękna Jenarekitka, Kimi, we własnej osobie, jak miło! Prawdziwy z ciebie pędziwiatr. Dokąd tym razem? — chrypliwym głosem zapytał, nie kryjąc niekłamanego zainteresowania. — Gdzieś na krańce świata?

Agenci z górnej konsoli pojawiali się u niego regularnie. Taką mieli pracę. Tylko ich zajmowało, co działo się na antypodach. Innych mieszkańców paroli to nie obchodziło. Widzieli tylko czubek własnego nosa i było im z tym dobrze.

— Jak zwykle tam, gdzie rogaty mówi dobranoc — ziewnęła. — Taki mój los, nudy na pudy, wierz mi, nic ciekawego.

— Ależ ty masz życie, nie narzekaj, nie to, co ja. Szlajasz się po różnych galaktykach i polujesz na łobuzów. Zrozpaczonych rozbitków wyciągasz z czarnej dziury. Odzyskujesz zwędzone planety! — wyliczał jej sukcesy. — Urodziłaś się pod znakiem przygody.

— Ech, Sarofie, nie oszukujmy się, nie jest wcale tak różowo, takie rzeczy tylko czasem się zdarzają — wyprowadziła go z błędu. — Czekam na ślimaczącego się partnera. To na niego w pierwszej kolejności należałoby zapolować — rzekła ironicznie. — I spuścić mu tęgie lanie, żeby sobie pewne rzeczy wbił do głowy. Za dobrze znasz tego kolesia, żeby się dziwić. Czy kiedykolwiek zdarzyło mu się nie spóźnić? — zapytała z wyrzutem w głosie. — No i tym razem — smętnie skwitowała — nikt nie porwał żadnego globu. Ani nawet księżyca. Nie zapowiadają się, wyobraź sobie, żadne atrakcje. Trzeba jedynie przesłuchać mataczącego urzędasa...

Był bardziej przystępny niż Mitos, mimo odpychającego wyglądu, więc chwilę z nim pogawędziła, a potem opuściła zaplecze.

Bezmyślnie kręciła się po kiepsko oświetlonych peronach i zaczęło ją ogarniać przygnębienie. To pustawe miejsce zawsze wpływało na nią depresyjnie. Agenci w kombinezonach służby porządkowej uporali się z paskudnym zadaniem. Odchodzili, ciągnąc ze sobą przerażonego Sambitę. Przyłapano go na gorącym uczynku, więc wolała sobie nie wyobrażać, co go czeka. Ciała skazanych patroszono, a ich nagie mózgi wlepiano na wiele lat w systemy zarządzania zagubionych w głuszy kopalni. Kary za przemyt były okrutne. Miały odstraszać.

Ziało nudą, a bezczynność była nie do zniesienia.

— Zero! Ono było zawsze najdoskonalszą liczbą... — w pewnej chwili wyszeptała, doznając niejakiego olśnienia. — Dlaczego nie jestem zerem?

Myliła się. Była zerem. Całkowicie zbędnym elementem w hierarchicznej układance zarządzania imperium. Nikt nigdy nie stukał palcem w ten sensor. Uprzytomniła to sobie z bólem, bezmyślnie wystając przy jednej z gładkich ścian. I dobrze wiedziała, dlaczego. Kult grup szybkiego reagowania dawno wygasł, bowiem w czasach niebiańskiego pokoju światłemu mocarstwu nie byli potrzebni bohaterscy obrońcy. Bez takich pionków jak ona, siódma w tajnym zespole, z powodzeniem mogło się ono obyć. I, co gorsze, faktycznie się obywało, choć wmawiała sobie, że tak nie jest. (...)