FANTASTYKA

Fragment pierwszy


N

iepokojące impulsy pochodziły z układu gwiezdnego, usytuowanego na dalekich obrzeżach zwycięskiego imperium Styracydów, obejmującego setki podbitych galaktyk. Poziewująca ze znudzenia Kimi wyłowiła je z kosmicznego szumu z odrobiną podejrzliwości i niedowierzania. Poczuła się nagle dziwnie podminowana. Rzadko kiedy w monitorowanych przez nią zakresach pojawiało się coś zajmującego, nie licząc kwitowanego skrzywieniem ust bezwartościowego śmiecia, więc jej codzienne dyżury w centrum nasłuchu należały do nieciekawych i usypiających. Brakowało tu nawet poprawiających nastrój śpiewających gwiazd, bowiem subtelnym solarnym symfoniom przysłuchiwano się w sąsiedniej sekcji. Teraz zaś rozciągnięta na wiele zamieszkałych światów pajęcza sieć mimowolnie drgnęła, poruszając ją do głębi.

— Siódemka do komputera — wyjąkała lekko podniecona. — Proszę o sprzężenie zwrotne!

Sygnały były tak słabe, że z powodzeniem mogła je zignorować, nie odnotowując emisji w podręcznej neksotece. Mając już mentalną kontrolę nad terminalem, z lekka je wzmocniła, więc na ekranie pojawiły się pulsujące krzywe, zaś obok nich długie kolumny zielonych cyfr. „Jakiś nieostrożny matoł z Galaktyki Sto Siedemdziesiątej Piątej naruszył imperialne prawo!” — domyśliła się, ze wzgardą wydymając wargi. Nie zlekceważyła jednak tej transmisji. Ktoś inny ukryłby ledwo uchwytny przekaz, nie zadając sobie trudu, by go zbadać, ale nie ona, kuta na cztery nogi, błyskotliwa i bystra Jenarekitka, umiejąca łowić w mętnej wodzie. Zamarła w bezruchu, wstrzymując oddech, a serce zaczęło walić jej jak młot, bowiem w jednej chwili sobie uzmysłowiła, jaki numer może wywinąć.

Ukradkiem zerknęła na Albrumutora, który z przymkniętymi powiekami posapywał przy sąsiednim stanowisku. Rozmywały mu się rysy twarzy. Nie przepadała za jego towarzystwem. Należał do zmiennokształtnych. Aluoni rozpływali się, gdy zasypiali, a ich ciała obracały się w metaliczną niby-ciecz do złudzenia przypominającą rtęć. Fatalnie się wysławiał, ostentacyjnie lekceważąc styracydańską składnię. Nieco dalej czuwał Babtunor, któremu w przeciwieństwie do jej najbliższego sąsiada zależało na aparycji. Dumny i niezależny, należał do przystojniaków, o ile można było do niego odnieść to określenie. Ale cóż z tego? Geomoni z Szesnastej Galaktyki nigdy nie wiązali się z Jenarekitkami. Nie mógł więc być kimś na miarę jej sennych kobiecych fantazji i marzeń. Ponadto przedstawiciele tego gatunku należeli do nosicieli. Kryli w swych ciałach długowieczne symbionty, co utrudniało komitywę i zażyłość. W gruncie rzeczy nie było wiadomo, z którym z tych typków się konwersuje — z tym, którego miało się przed oczyma, czy z tym, który gnieździł się w środku.

Żaden z poziewujących przy monitorach nie zorientował się, że Kimi wykryła śladową emisję i że głowi się, jak przy tej okazji upiec własną pieczeń. Od dawna w górnej konsoli nikt nie garnął się do żadnej roboty. Nie było do czego. Tylko jak wyrwać się z marazmu bez narażania na szwank reputacji? Agentka nie zniosłaby cierpkiego przytyku, że wypaliła na wiwat. Biła się z myślami. Miała opinię perfekcjonistki, jak prawie wszyscy reprezentanci jej dumnej rasy, a przy tym nie cierpiała partactwa. Bylejakość jej nie pociągała. Smutnawo obejrzała się za siebie, jakby w lęku, że ktoś ją podgląda i przyciężkawo westchnęła.

Potem znienacka dmuchnął jej wiatr w żagle i w jednej chwili się zmobilizowała.

— Już... Nie bój się, głupia... — dodała sobie otuchy. — Nie masz nic do stracenia!

Była szybka jak błyskawica. Nie przejęła się tym, że porywa się z motyką na słońce. Zdecydowanym ruchem wcisnęła pomarańczowy przycisk programu alarmowego. Czerwonego nie tknęła, nie chcąc podejmować nadmiernego ryzyka. Natychmiast opętańczo zawyło. Powietrze wypełnił jazgot, który podniósłby na nogi nawet zmarłego.

— Koledzy, ocknijcie się, do dzieła! Zgłaszam naruszenie bezpieczeństwa w kontrolowanym sektorze. Natrafiłam na zakazaną prawem emisję — zaterkotała jak nie mająca wyczucia początkująca agentka. — Przesyłam do centrum międzygalaktycznego polecenie włączenia dodatkowych echosond — bezceremonialnie obwieściła, urastając we własnych oczach. — Obowiązuje nadzwyczajny tryb postępowania.

Dokumentnie zaskoczeni zerwali się z foteli, by niecierpliwie przyjrzeć się jej gównianemu odkryciu. Bo było gówniane. W ich oczach migotały złe błyski i zapewne przyszło im do głowy, że słodka Jenarekitka postradała zmysły. No, ale nie mogli kazać jej wyłączyć tego wariactwa. Pomarańczowy alert nie miał wstecznego biegu. Coś tam pulsowało na jej ekranie i czy chcieli, czy nie, musieli ruszyć dupska i w piorunującym tempie zabrać się do rutynowych analiz. I to godzinę przed końcem dyżuru. Niechybnie tracili czas, ale kogo to obchodziło? Wysiadywali tam po to, żeby zajmować się takimi absurdalnymi wyzwaniami.

— Zaskorupiała formalistka i służbistka! Jaka gorliwa? — warknął ze złością Albrumutor, ale trzeźwiejszy Babtunor ostrzegawczo klepnął go w ramię.

Pociągnął go za rękaw.

— Cicho, sza! — złowieszczo syknął mu do ucha. — Zwariowałeś? Chcesz się narazić? Nie wychylamy się. Niech sobie ta pedantka robi, co chce.

Była wpatrzona w ekrany i nie usłyszała ich cierpkiej wymiany zdań. Z samozaparciem synchronizowała echosondy. Z pozoru zachowywała się dokładnie tak, jak to przewidywał rozdmuchany do niemożliwych granic regulamin. No, ale przepisy przepisami, a życie życiem! Doskonale się orientowała, że za jej niewybaczalnym wyskokiem kryły się względy natury osobistej. Jeżeli umiała to zamaskować przed tamtymi, to jednak nie przed sobą. Jej płoche myśli pobiegły ku Mitosowi, który powinien był teraz siedzieć na miejscu Albrumutora. „Raz, dwa, trzy, gonisz ty!” Od kilkunastu dni nie zamieniła z nim ani jednego słowa. Podły drań zręcznie lawirował i kluczył, dbając o to, by ich drogi się nie skrzyżowały. Nie należał do jej gatunku, cieszącego się mocną pozycją w przeogromnym mocarstwie. Szczerze mówiąc, nie można go było przypisać do żadnej znanej w kosmosie rasy. Oryginał! Takich jak on w konfederacji galaktyk było nieledwie kilku i dawało się ich policzyć na palcach.

— Popieprzone unikalne egzemplarze, szlag by to trafił! — mruknęła z odrobiną żalu. Starała się z nim zaprzyjaźnić, ale nadaremnie. Nie rozumiała, dlaczego tak uparcie jej się wyślizgiwał.

Pierwsza faza operacji polegała na skrupulatnym zbieraniu informacji o odkrytej anomalii — i tę miała już wkrótce za sobą. Zresztą tamci dwaj jej pomogli. Powoli wracała jej równowaga wewnętrzna. Kiedy z szumem w głowie wychodziła z sekcji, wiedziała dokładnie tyle, ile chciała wiedzieć. Wychwyciła coś, co w intergalaktycznym słowniku nazywało się ekscytozą.

W śluzie mignęło seledynowe światło i mogła opuścić zastrzeżoną strefę, w której pracowała.

— Ekscytoza — błogo pieściła w myślach tę nazwę. Napawała się nią jak dzikus z dziewiczej planety, umiejący cieszyć się byle czym, na przykład fruwającymi w górze ptakami lub rybami krążącymi w zakolach strumienia. — Eks-cy-to-za!

Szybko dotarła do kanału komunikacyjnego, jednego z tych, którymi przebiegał spokojny ruch okrężny w obrębie paroli. Następnie wybrała kierunek ku osi dysku. Zaczynało robić się tłoczno. Jenarekici budzili szacunek. Złocista skóra i nieskazitelnie gładka twarz sprawiały, że ustępowano jej miejsca. W obrębie dysku można się było natknąć na przedstawicieli siedemnastu różnych ras kosmicznych. Przeważali zatrudnieni w administracji Styracydzi, jednak nie tworzyli oni większości.

— Eks-cy-to-za!

Z rozkoszą powtórzyła to słowo jeszcze kilka razy, a potem zreflektowała się i usiłowała opanować. Nie powinna była ulegać emocjom. Transporter niósł ją powoli do centrum i w skupieniu medytowała nad źródłem wykrytej emisji. Mogli być za nią odpowiedzialni zwichrowani naukowcy, usiłujący wbrew prawu budować sztuczne inteligencje, za co należało im utrzeć nosa. Rzadko kiedy skutecznie ekranowano tej klasy eksperymenty, podejmowane przez maniaków w różnych zakątkach imperium. Ale w grę mogły wchodzić bardziej prozaiczne przyczyny. A jeżeli nikt nie zawinił? Poczuła przykre ukłucie w sercu, gdy sobie to uzmysłowiła. Liczyła na coś więcej. Na to, że uda się jej jako agentce złapać kogoś za rękę. Nakryć winnych na gorącym uczynku. Rozpracować grupę przestępczą, skrycie działającą na szkodę imperium. Głęboko odetchnęła i odepchnęła od siebie zwątpienie. Nie należała do tych, którzy z byle powodu się załamywali. Była konsekwentna i potrafiła z samozaparciem dążyć do celu.

Po południu miejscowego czasu jej nieodgadnieni szefowie doszli do zaskakującego wniosku, że Jenarekitka zachowała się w sposób odpowiedzialny i godny pochwały. Dziwnym trafem ją rozgrzeszyli, usprawiedliwiając babski wybryk. Kimi miała podjąć tę nikomu niepotrzebną misję. Spadł jej kamień z serca i mogła już oficjalnie nawiązać kontakt z Mitosem, pokazującym jej plecy. Skwapliwie powróciła do siedziby sekcji, by skorzystać ze służbowych łącz i go wywołać. Zgodnie z wymogami procedury czekało ją teraz kompletowanie zespołu interwencyjnego. Nie zamierzała ciągnąć za sobą całej armii i wystarczał jej w zupełności jeden agent do pomocy.

Miała swój styl, a może trochę ją poniosło, i z rozpędu zaproponowała temu ekscentrykowi, żeby spotkał się z nią w atmosferze planety na pancernej powłoce, zamiast w przytulnych pomieszczeniach sekcji. Było to nieco przewrotne z jej strony — zdradzała się bowiem z tym, że nad podziw dobrze zna jego nawyki i że doskonale wie, gdzie i jak spędza wolny czas. Później zaczęła żałować, że nie wybrała innego miejsca. Nie powinna była wystawiać nosa z paroli. Decydowały nawyki do życia w warunkach sterylnych. Rzadko kiedy szanujący się mieszkańcy dysku plątali się po martwym pokryciu, bowiem nie było tam niczego ciekawego. Chyba, że kogoś chorobliwie zajmował widok sunących po niebie białych obłoków, kłębiących się chmur deszczowych, burz z błyskawicami i grzmotami, względnie rysującej się w dole rzeźby planety bazy, której nikt nigdy nie skolonizował. (...)